Guardian.co.uk dobry przykład na to, że popularność nie idzie w parze z wielkimi pieniędzmi

Parę miesięcy temu za sprawą jednego z popularnych blogerów w sieci zawrzało na temat zarobków oraz „zmowy cenowej” do jakiej rzekomo doszło pomiędzy polskimi blogerami. Sprawa ta oczywiście ucichła również szybko jak się pojawiła ale pewien niedosyt pozostał. Główny internetowy serwis dziennika Guardian, który przeglądają miliony osób dziennie jest dobrym przykładem na to iż portale prezentujące rzetelne informacje w sieci mają problemy finansowe niezależne od liczb prezentowanych w statystykach…

Fot: Ben Terrett, Flickr | CC.

Fot: Ben Terrett, Flickr | CC.

Treści dostępnych w Polskim internecie jest cała masa. Niektóre są bardzo dobre inne trochę gorsze ale i tak mało osób zwraca na ten fakt uwagę. Stali czytelnicy portali internetowych należących do wielkich koncernów medialnych i tak nie przejmują się zbytnio zawartością merytoryczną danego artykułu oraz nie zastanawiają się jakie jest w ogóle nazwisko jego autora (co ciekawe na większości tego typu stron i tak nie znajdziemy na ten temat żadnych informacji). Portale te odwiedza bardzo duża liczba internautów co również skutkuje sporymi przychodami. Mało jest jednak wydawców, którzy dostarczają ciekawe newsy oraz piszą o konkretnych rzeczach. Wyprodukowanie paru materiałów choćby na temat „wyborów prezydenckich” czy „narodzin potomka Brytyjskiej rodziny Królewskiej” nie jest wielką sztuką i nie wymaga zbyt dużych nakładów finansowych (oczywiście w porównaniu do przychodów jakie wygeneruje ich publikacja). Problem rodzi się kiedy dziennikarze nie zajmują się zwykłymi newsami, ale pracują nad konkretnymi artykułami opisującymi informacje, których nie znajdziemy w żadnym innym serwisie internetowym, programie telewizyjnym czy dzienniku. Pracownicy The Guardian mają na swoim koncie ujawnienie bardzo wielu przeróżnych afer i znani są z tego iż faktycznie pracują, a nie tylko „kopiują” newsy podane przez inne media czy agencje prasowe. Taka działalność pomimo olbrzymiej bo się gającej kilku milionów liczby widzów przynosi  jednak więcej strat niż zysków. Serwis internetowy Guardian.co.uk choć może pochwalić się olbrzymią oglądalnością jak już wcześniej wspominałem sięgającą kilku milionów UU (unikalnych użytkowników) dziennie to i tak generuje olbrzymie straty. Jest to dobry przykład na to iż tak naprawdę duża popularność i wysokiej jakości treści nie idą w parze z zarobkami. W takiej sytuacji są również blogerzy, którzy w większości przypadków dostarczają naprawdę dobrą treść ale niestety do swojego biznesu muszą dokładać.

Alternatywne źródła finansowania…

Właściciele The Guardian wpadli na bardzo ciekawy pomysł sfinansowania działalności zarówno drukowanego dziennika jak i serwisu internetowego uruchamiając kawiarnie oferującą nie tylko bardzo dobrą kawę ale darmowy dostęp do internetu oraz możliwość skorzystania z tabletów Apple. Kawiarnie #guardiancoffee mają być miejscem gdzie każdy zainteresowany będzie mógł napisać swój własny artykuł, news, a następnie opublikować go na blogu lub w odpowiednim dziale serwisu The Guardian. Moim zdaniem jest to szczał w dziesiątkę, a projekt ten spowoduje wzrost zainteresowania tak zwanym „dziennikarstwem obywatelskim”. Nie ma zresztą co ukrywać, że właśnie ta forma będzie w przyszłości odgrywać znaczącą rolę wśród koncernów medialnych. Pewne zmiany widać zresztą już teraz choćby po portalu Kontakt24 należącego do telewizji TVN czy „Gorącej linii” radia RMF FM.

Jak wygląda rzeczywistość?

Zwykli blogerzy ledwo wiążący koniec z końcem niestety nie mogą sobie pozwolić na tego typu akcje. Skorzystanie pieniędzy od inwestorów pozbawia złudzeń o niezależności i wymusza niejako „cenzurę” publikowanych na łamach danego portalu materiałów. Model finansowania The Guardian jest bardzo dobry i gwarantuje pełny obiektywizm dziennikarzy. Niestety jak widać ich praca generuje olbrzymie koszty, które muszą być pokrywane przez zysk z innego rodzaju przedsięwzięć. Ktoś mógłby powiedzieć, że przy tak wielkiej oglądalności bez problemu zarobił by na utrzymanie całej firmy. Oczywiście gdyby skupił się na „kopiowaniu” informacji podawanych przez inne agencje prasowe oraz media to myślę, że nawet wygenerował by spory zysk. Pytanie tylko kto wtedy napisał by o programie PRISM Amerykańskiej Agencji Wywiadowczej czy podsłuchach stosowanych przez tabloidy Ruperta Murdocha?

, , , , ,